wtorek, 5 maja 2015

Madonna..

Przełamuję ciszę..
W końcu to moje miejsce...i chociaż z pewnych, bardzo przykrych względów, ciężko było mi znowu pojawić się tutaj, to przełamuję się.. bo to Moje miejsce..

Malowanie mnie pochłonęło :) zainspirowana Madonnami, które znalazłam w sieci musiałam po prostu..

Uwielbiam ten obraz i to, jak bardzo różni się w zależności od pory dnia i tego pod jakim kątem słońce oświetla pokój.


























A dzisiaj rodzinna wyprawa na łąkę po mniszek lekarski, będzie miodek :)
Swoją drogą polecam Wam szczerze syrop ze stokrotek...pewnie zamieszczę przepis na blogu. Koniecznie sprónujcie, bo jest obłędnie pyszny!!! :)
Pięknego dnia Kochani!

Cisza przełamana... :)

środa, 26 listopada 2014

Anioł domu..czyli nowa pasja..

Hej Kochani!
Jakoś po tych wszystkich choróbskach, które naszą rodzinkę ostatnio męczyły, nie mogę się na nowo zorganizować!
Mam wrażenie, że czas przelatuje mi przez palce..
Mimo wszystko ostatni czas zaowocował w odkrycie kolejnej pasji!
Tak to już ze mną jest..ja mam po prostu jakieś ADHD rękodzielnicze :) W każdym razie od baaardzo dawna zachwycałam się malowanymi aniołami na drewnie. Głęboko w sercu siedziało mi marzenia, by kiedyś malować anioły na starych dechach, na płótnach, które na końcu bym postarzała...oj tak...marzyło mi się..
Jak już wcześniej pisałam, postanowiłam w swoim życiu zmienić pewne sprawy i po prostu zabrać się do roboty, a nie tylko marudzić, że chciałabym to czy tamto..Tylko przecież ja jeszcze nigdy w życiu niczego nie namalowałam, rysować też nie potrafiłam...
Naoglądałam się inspiracji i tak mnie wzięło, że po prostu pewnej nocy musiałam :)
Okazało się, że znalazłam w szafce, głęboko ukryte kredki akwarelowe, o których zupełnie zapomniałam i nawet nigdy ich nie użyłam! 
Tylko co dalej, na czym cokolwiek namalować... chodziłam po domu i węszyłam hehe
No i oświeciło mnie..Od baaardzo dawna marzyłam o nowym domku na klucze. Ten, który mieliśmy odstraszał bardzo, ale ja byłam jeszcze bardziej wymagająca co do kupna nowego. Miałam wizję, że nowy domek ma być rękodziełem, ale te, które znajdowałam (choć piękne były) to i koszmarnie drogie :(
Zatem nie pozostało mi nic innego jak domek na klucze przemalować...
Wizja powstawała w trakcie, był to wielki spontan, ale efekt mnie zachwycił na tyle, że teraz ciągle coś maluję :)
Póki co pokazuję Wam domek w nowej odsłonie! Tamtego się wstydziłam, a ten jest moją chlubą :)

Póki co zmykam, bo będzie trzeba odebrać starszą latorośl ze szkoły! 
Pięknego dnia życzę!!!!









































A tak domek wyglądał na chwilkę przed metamorfozą :)


czwartek, 13 listopada 2014

Pokolorować jesień..

Witajcie..
Troszkę mnie nie było, ale niestety  dom nasz zmienił się w szpital domowy...dopiero teraz zaczynamy powoli wracać do normalnego życia, choć i tak nie jest idealnie. 
Jesień straciła już swój kolorowy urok, ale tylko za oknem, bo u nas feria jesiennych barw :)
W ramach pierwszych poczynań z filcem powstała girlanda tęczowych żołędzi.
Niesamowicie mi się podoba efekt :) Uwielbiam sobie na nią popatrzeć, a w połączeniu z ukochanymi obrazami Sam Toft, to już w ogóle niezły umilacz szaro-burej jesiennej aury..
Jeśli nie znacie jeszcze prac tej artystki, to zachęcam do zapoznania się z jej twórczością, ja jestem kompletnie zakochana w jej postaciach :) 

Tymczasem zmykam, bo za chwilkę dziecię starsze ze szkoły wróci, a niestety z powodu choróbska siedziała bidulka w domu 2 tygodnie i teraz jest niezwykle przejęta tym wszystkim.
Mam nadzieję, że wszelkie wirusy już za nami..
Trzymajcie się zdrowo i ciepło :) 
Ściskam





Uwielbiam ten kącik nad łóżkiem..











środa, 8 października 2014

Druga..


Witam...
Nie daje mi spokoju to, że w domu cały zapas filcu...
Jak zwykle zarwana noc i drugie moje podejście do stworzenia anioła z czesanki.
Wydaje mi się, że te anioły, to dokładnie to czego szukałam..
Praca z filcem daje mi niesamowite wyciszenie.
Jestem bardzo zadowolona z efektu, zdjęcia nie oddają w pełni uroku anielicy (przynajmniej moim zdaniem). 
Powstała wczoraj, a w głowie już kolejne...















Na koniec  mały dodatek do poprzedniego posta. Jedno z ujęć wrzosowej sesji przypominało do złudzenia hamletowski 'to be or not to be', jednak kiedy spytałam MiMi o czym myślała pozując...
no właśnie...
kocham dzieci za ich otwarte serca!




Jutro jedziemy z MiMi do pracowni malarskiej. Nie mogę się doczekać, mam nadzieję, że uda mi się Wam pokazać jak nam poszło :)

Pięknego dnia...

poniedziałek, 6 października 2014

Wrzosowisko..

Witajcie!
Dzisiaj nie będę się zbytnio rozpisywać...
Chcę Wam pokazać naszą bardzo spontaniczną sesję na wrzosowisku.
Kocham wrzos, szczególnie ten w lesie..

To był piękny dzień, cieszę się, że złapałyśmy te chwile :)
































A to moje ulubione ujęcie i prawdziwe emocje uchwycone..
Pstrykałyśmy zdjęcia, świetnie się bawiłyśmy, aż tu nagle jakieś warczenie w lesie słychać..
Spójrzcie na tę minę... najadłyśmy się strachu, oj tak...




..a w temacie wrzosowiska nie może zabraknąć uczty dla ucha..


Pięknego tygodnia życzę..


piątek, 26 września 2014

Od kuchni strony..

Witajcie...
Jesteście kochani! Te wszystkie słowa pod poprzednim postem dodają skrzydeł..Z całego serducha dziękuję :) 
A dzisiaj z zupełnie innym tematem do Was przychodzę.
Dzisiaj kolejna część moich przemyśleń i zmian....od kuchni strony :)
Tak, w tej kwestii także jakoś mi się wszystko przewartościowało. 
Ja nie wiem czy to sam fakt bycia mamą dwójki dzieci tak mnie mobilizuje, czy to z wiekiem przychodzi, ale jakoś tak zaczęłam zupełnie inaczej podchodzić do kwestii jedzenia, kuchni, przygotowywania potraw i planowania jadłospisu dla całej rodziny. Ostatnio bardziej świadomie staram się podejmować "kuchenne decyzje". W kuchni staram się wracać do korzeni. Tak naprawdę sama dopiero się uczę, ale stwierdziłam, że najwyższa pora powiedzieć stop kupowaniu warzyw i mięs w marketach, gotowaniu na kostkach rosołowych, dość marnowania jedzenia, które kupiliśmy nie planując wcześniej czy zdążymy zjeść, czy też nie.
Zaraz po ślubie, kiedy zamieszkaliśmy z K. na swoim oczywiście zaczęłam gotować i piec niczym wzorowa pani domu...ale jakoś tak zawsze wychodziło, że bardzo starannie unikałam przygotowywania potraw tych najbardziej tradycyjnych. Dlaczego? Bo te były wyzwaniem...one miały dokładnie określony smak i nie ma tutaj miejsca na zbyt wiele zmian. Bojąc się, że nie sprostam zadaniu wolałam wynajdywać w sieci miliony przepisów na coraz to nowsze dania, które wychodziły pysznie, ale... No właśnie, brakowało tego czegoś..
No i w końcu przełamałam się...zaczęłam próbować i co się okazało..zupełnie niepotrzebnie się bałam, bo nawet te najbardziej "sztandarowe potrawy" z dzieciństwa wychodzą wyśmienicie :)

Marzy mi się też, by w kuchni wykorzystywać jak najwięcej naturalnych składników, by u nas na talerzach zagościły chwasty...dosłownie pisząc. Zaczynam swoją przygodę z zielarstwem...zobaczymy jak to się skończy...dłuższym romansem, czy raczej niestrawnościami hihi :)
Ciekawa jestem jak to u Was wygląda? Planujecie jadłospis na cały tydzień? Macie jakieś ulubione miejsca gdzie kupujecie żywność?
A może prowadzicie lub znacie jakieś ciekawe blogi kulinarne warte polecenia? :)

 Na koniec dodam tylko, że jedyna tradycyjna potrawa za jaką się nie zabiorę, to rosół, bo mam w domu swojego osobistego mistrza w gotowaniu najlepszego na świecie rosołu :) Ja mogę go jedynie potem w potrawkę przemieniać :)
...yyy ma się rozumieć rosół, a nie mistrza hihi :)

Pięknego dnia!





P.S. Już kilka osób pytało mnie o te skrzydełka ze zdjęcia Nulki. Tak , ja je uszyłam, tutaj możecie zobaczyć komu służą zazwyczaj :)

środa, 24 września 2014

Wyjątkowe narodziny..



Oto HaNula..
Jest już z nami 2 miesiące...jak ten czas pędzi, po prostu niemożliwie..
Soją drogą zdjęcie robione dawno, co widzę teraz po tym jakie tutaj jeszcze miała krótkie włoski :)
Tak jak obiecałam, chciałam Wam opowiedzieć naszą historię, a może po prostu bardziej moje przemyślenia na temat macierzyństwa.
Mam to niesamowite szczęście, że jestem "mieszaną" mamą. Wiem, że moje wyobrażenia na temat adopcji mogą różnić się od tego co czują osoby, które nie posiadają biologicznych dzieci, ale wiem jedno, że samo macierzyństwo nie różni się niczym...
Rok temu, pod koniec kwietnia, zgłosiliśmy się do ośrodka adopcyjnego. Decyzja o adopcji była dla nas jakby oczywista. Już przed ślubem mówiliśmy o tym, że jesteśmy gotowi, by przyjąć dziecko. Kiedy urodziła się MiMi temat ten odszedł gdzieś na drugi plan, ale w sercach głęboko mieszkał dalej. W końcu przyszedł ten moment, kiedy nie mogłam dłużej czekać, wiedziałam, że jestem gotowa, że to teraz..
Mimo, że wiele razy rozmawialiśmy z K. o adopcji, to kiedy miałam z nim bardzo konkretnie porozmawiać stresowałam się bardzo. Co powie, a jeśli jednak zmieni zdanie, a jeśli..... Teraz się z tego śmiejemy, ale ja wtedy naprawdę bałam się, że ta decyzja może go przerosnąć..
Odważyłam się....cała w niesamowitych nerwach, po nieprzespanych nocach (obmyślałam wtedy jakby poruszyć ten temat tak konkretnie bardzo) w końcu się odważyłam i zapytałam...
był piątek...mówię...Kochanie, pamiętasz jak zawsze mówiliśmy, że chcielibyśmy, by nasze drugie dziecko zaadoptować.... nawet nie zdążyłam dokończyć, kiedy K, z uśmiechem, przeszczęśliwy odpowiedział...No to co, w poniedziałek dzwonimy do ośrodka? :) Uwierzcie, że szczęście i emocje były tak samo wielkie i niesamowite jak wtedy, kiedy zobaczyłam na teście dwie kreseczki!!!!
Oczywiście od razu zgłosiliśmy się do ośrodka, w mgnieniu oka przygotowaliśmy wszystkie dokumenty, przeszliśmy testy i my i MiMi, wizyty w domu (niemało tego!!!!!!!!) i już jesienią rozpoczęliśmy kurs na rodziców adopcyjnych. Muszę powiedzieć, że początkowo byłam sceptycznie nastawiona do kursu myśląc sobie, czego też tam mogą mnie nauczyć skoro ja mamą już jestem...myliłam się. Nauczyłam się i to wiele. Spotkania (10, po 4 godziny każde)odbywały się w przesympatycznej atmosferze i niesamowicie wiele wnosiły. Potem nastąpił czas  oczekiwania na ostateczne kwalifikacje. Otrzymaliśmy je tuż przed Bożym Narodzeniem. Radość była wielka...tylko wtedy zaczął się najtrudniejszy okres w życiu. Oczekiwanie na Ten Telefon. Kompletnie nie wiedziałam kiedy to nastąpi i kiedy w końcu będę mogła przytulić Moje Dziecko!!!
Niepewność i trudność oczekiwania była tym większa, że nie mieliśmy zbyt wielu wymagań co do dziecka. Określiliśmy wiek zbliżony do wieku MiMi (!!!!), płeć nieważna no i ogólny stan zdrowia dobry. Żyłam z przekonaniem i wewnętrzną pewnością, że Moje dziecko gdzieś na mnie czeka, że ono jest...ale kładłam się każdego dnia i...właśnie...najtrudniejsze była to, że nawet nie mogłam sobie wyobrażać tego naszego pierwszego spotkania, bo nie wiedziałam, czy odnajdzie się np. czteroletnia dziewczynka, czy siedmioletni chłopiec... tak naprawdę mogła być nawet taka rozbieżność..
To była koszmarnie trudne, ta tęsknota, ta niepewność, to ciągłe zaglądanie w telefon i ta pustka, kiedy zaczynał się kolejny weekend, a telefon nie zadzownił :(
Dokładnie tak jakbym codziennie robiła testy ciążowe i codziennie widziała jedną kreseczkę, 
no i nic nie mogłam..tylko czekać...
Najtrudniejsze było, to, że wszyscy wokół uznawali, że przecież mamy MiMi, to nie powinno mi być tak ciężko, ale było!!!! Było strasznie..przecież nie wiedziałam nawet czy Moje Dziecko dostało tego dnia śniadanko, czy było przytulone, czy uśmiechało się...
a wszelkie wiadomości płynące z mediów i dotyczące krzywdy wyrządzanej dzieciom mnie zabijały...
Pod koniec jakoś tak zaczęłam czuć pewność, że to teraz zadzwoni telefon...ja naprawdę to czułam..
Byłam na Mazurach z klasą, mieliśmy już wracać, kiedy K, zadzwonił do mnie i powiedział, że zadzwonili z ośrodka... To było coś niesamowitego!!! Miałam pewność, że to Ten Telefon, że się odnalazło moje dziecko. Poprosiłam moich uczniów, by pomodlili się w pewnej, niezwykle ważnej dla mnie intencji..i co...cały autobus wypełniony modlącymi się dziećmi...miałam tę pewność.
Wiedziałam, że może być różnie, że może się okazać, że to jeszcze nie to dziecko, ale to co czułam w sercu było silniejsze. Swoją drogą telefon zadzwonił w piątek 13-tego :)
Musieliśmy do poniedziałki czekać na wizytę w ośrodku, nie wiedzieliśmy nic. ani jaki wiek, ani jaka płeć...nic...
Usiedliśmy ostatni raz przy kuchennym stole, by porozwawiać z K., w jakiej sytuacji musimy zrezygnować z poznania dziecka...
Uznaliśmy zresztą już wcześniej, że choroba wymagająca stałego leczenia i zbyt niski wiek, to kryteria, które są dla nas nie do przejścia. Przecież mamy cały pokój świeżo (dwa tygodnie wcześniej!!!!) urządzony dla dziecka szkolnego! Łóżko piętrowe, dwa biurka..

Chyba nie muszę pisać jakie nasze zaskoczenie było, kiedy usłyszeliśmy datę urodzenia...ja nawet nie byłam w stanie sobie przeliczyć ile teraz dziecko ma...lat...tak, bo przecież czekaliśmy na starszaka...
Panie wie wiedziały, czy czytać nam dalej dokumenty, czy nie...szok to był ogromny, ale nawet przez sekundę nie wątpiłam...czekałam tylko na reakcję K...przecież ta nasza ostatnia rozmowa...
Na szczęście on też nie miał wątpliwości. Czekała na nas maleńka, zdrowa dziewczynka, imienniczka swojej babci..Hania.. 
Nasza Córeczka HaNulka!!!
Zadzwoniliśmy do rodziny, wszyscy już ją Kochali, były łzy szczęścia i niesamowite emocje... 
ale nadal nie widzieliśmy Hanuli. 
Wtedy zaczynał się tydzień i weekend z Bożym Ciałem, więc okazało się, że dopiero za 11 dni będziemy mogli zobaczyć Naszą Córeczkę!
Przespaliśmy cały tydzień...dosłownie...nie byliśmy w stanie niczego innego robić, Spaliśmy cały czas, żeby szybko nam minęło. 
No i nastał ten wielki dzień. Kiedy ją zobaczyłam....to było tak samo piękne, jak moment pierwszego przytulenia MiMi, tych emocji nie da się opisać...nawet nie będę próbować. Tyle myśli, tyle pięknych emocji i ta pewność, że to ONA....
i tak niesamowicie podobna do MiMi.. jak mała miniaturka!
Przez ponad miesiąc jeździliśmy odwiedzać HaNulkę  (60 km w jedną stronę) Kilka razy w tygodniu. To był niesamowicie trudny okres, wiedzieliśmy się krótko i musieliśmy ją zostawiać u obcych ludzi...W ogóle wtedy nie sypiałam...długo to wszystko trwało, ale w końcu mogliśmy zabrać ja do DOMU!!! Wielki, niezapomniany dzień...coś pięknego..
MiMi prawie oszalał ze szczęścia...dumna starsza siostra..ona pokochała Hanulę od razu, zupełnie bezinteresownie, miłością nieopisaną. 
HaNulka bardzo spokojnie zadomowiła się u nas..
A najpiękniejsze jest to, że kiedy ją poznaliśmy miała wiele opóźnień w rozwoju. Była niezwykle zamknięta w sobie i się w ogóle nie uśmiechała....
a teraz...
a teraz każdego dnia uczy się czegoś nowego. Ma jedenaście miesięcy, rwie się do chodzenia, ciągle się śmieje i buzia jej się nie zamyka, a kiedy mnie widzi, to wyrywa się do mnie z całych sił i już nic innego dla niej nie istnieje...
Każdego dnia rozkwita...
To zaszczyt dla mnie, że mogę jej w tym pomagać. że mogę ją kochać i przytulać kiedy tylko chcę...
..nie ma żadnej różnicy w miłości do dzieci.. nie ma..